Wyspy Cooka

 

Z Polski na Wyspy Cooka jest w linii prostej 16 tysięcy kilometrów. Nie posiada lepszego miejsca dla tych, którzy w poszukiwaniu spokoju, piękna i wytchnienia są w stanie przemierzyć każdy dystans.

Europejczycy okupują plaże Bali i Mauritiusa. Zahaczają jednakże coraz pewniej o Malediwy i oczywiście oblężony po tsunami Phuket. Bora Bora kusi bogatych Japończyków labiryntami stojących na wodzie bungalowów z sieci Meridien, które zdają się wpisywać w krajobraz laguny równie naturalnie co ławice kolorowych ryb. Amerykanie chcą Jukatan – bo mają do niego blisko. Nieliczni, szukając wytchnienia od zatłoczonych plaż, wybierają Polinezję Francuską czy Fidżi. Wyspy Cooka – 15 niewielkich wysepek, na których mieszka zaledwie 19 tysięcy mieszkańców – są jeszcze dalej, tuż nad zwrotnikiem Koziorożca, w miejscu skąd tak samo daleko jest do Sydney, jak do Los Angeles. Ma możliwość dlatego informacje jest im żyć swym powolnym, wyspiarskim życiem. Przerzuciwszy dziesiątki folderów, gdzie oferowano mi gym z widokiem na lagunę i salę konferencyjną w cenie pakietu, zapragnęłam wyszukać się w miejscu, w którym nie dosięgną mnie turystyczne pułapki. Wyspy Cooka wybrałam wiedziona instynktem, tym samym, który kiedyś kazał mi nabyć bilet na Sycylię w walentynkowej promocji – ale to dłuższa opowieść. Dwanaście godzin w klasie ekonomicznej z Los Angeles na Wyspy Cooka posiada osobiste zalety: obsługa linii Air New Zealand jest przemiła, choćby kompletnie nie do zrozumienia, tak silny mają akcent. Po drodze samolot posiada międzylądowanie na Tahiti, a że jest to terytorium zamorskie Francji, bezczelnie omijam kolejkę Amerykanów czekających na kontrolę paszportową i staję w ogonku „paszporty EU”. Vive la France! Lądujemy w Rarotondze – stolicy moich wakacyjnych wysp. Stąd nieduży saab linii Air Rarotonga zabiera nas na jeden z najpiękniejszych atoli południowego Pacyfiku – Aitutaki.

No Dogs Allowed
Już po 40 minutach lotu wyłania się przede mną malutka zielona wyspa otoczona turkusową laguną, która oddzielona jest od oceanu pierścieniem rafy koralowej w kształcie trójkąta. Wewnątrz rafy rozrzucone są malutkie wysepki – w Polinezji zwane motu. Widok niespotykany. Takich barw nie odda żaden folder. Na lotnisku nieodzowny w tych rejonach pan przyśpiewuje polinezyjską melodię, przygrywając sobie na ukulele. Opiekunka nakłada nam na szyję naszyjniki – nie z kwiatów, ale z drobnych muszli. Aitutaki. Na zajmującym zaledwie 21 km powierzchni atolu wchodzącym w skład Południowych Wysp Cooka właściwie mało się dzieje. Wokół niedużych czystych domków biegają kurczaki i czarne świnki. Na wyspie zakazane jest posiadanie psów; legenda głosi, że roznoszą one trąd. Co chwila plantacje bananów, ananasów i tapioki – bezzapachowej skrobi pozyskiwanej z korzeni manioku, szeroko stosowanej w lokalnej kuchni. Zresztą tapioka jest de fakto symbolem wyspy, a jej uprawa zasadniczym zajęciem około 2000 mieszkańców wyspy. Rytm życia odmierza tu niedzielna msza uroczyście odprawiana w paru miejscowych kościołach. Polinezyjczycy z Wysp Cooka są bardzo religijni. Trafiamy do pięknego, wybudowanego w 1839 roku z koralowca i kamienia Cook Islands Christian Church. Wewnątrz odświętne panie w kapeluszach, eleganccy panowie i kolorowo ubrane dzieci. Śpiew Maorysów jest tak głośny i radosny, że prawdopodobnie słychać go na całej wyspie. Po zakończonej mszy kaznodzieja zaprasza wiernych na lunch, po czym spogląda w naszą stronę i zwraca się do nas silnym głosem: „I Państwo, Papa’a (przybysze zza oceanu), witajcie!”. Zachęcani poprzez uśmiechniętych tubylców przenosimy się do sali ze stołami pełnymi owoców i przeróżnych placków. Cały czas słyszę ten śpiew, który przypomina mi „Misję” i muzykę Ennio Morricone.