Babia Góra

 

Każdemu kto choć ciut lubi chodzić po górach gorąco polecam wypad na Babią Górę, najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego wznoszący się na 1725 m n.p.m. Wrażenia potęguje wejście tam w środku nocy, by zdążyć na zasadniczy punkt wycieczki - wschód słońca.

My swoją wędrówkę rozpoczęliśmy od najdłuższej wsi w Polsce - Zawoji, do której to musieliśmy się uzyskać ze stacji pkp w Suchej Beskidzkiej. Tak zatem po krótkim oczekiwaniu na autobus i kolejnej niedługiej przejażdżce wysiedliśmy na przystanku Zawoja Widły. W przydrożnym sklepie można zrobić ostatnie zapasy żywności, które chcąc nie chcąc muszą wystarczyć na najbliższe 2 albo 3 dni. Po około 30 min nie wolnego marszu mijamy muzeum i siedzibę Babiogórskiego Parku Narodowego, a po kolejnych paru krokach kończy nam się pod nogami asfalt i wchodzimy już na obszar parku. Wstęp jest bez wątpienia płatny, natomiast w godzinach wieczornych sporadycznie jest pobierana opłata. Stąd zielonym szlakiem podążamy w stronę schroniska na im. Hugona Zapałowicza na Markowych Szczawinach, a mimo w późniejszym czasie już godziny jak na tą porę roku, dość wcześnie łapie nas zmrok i jesteśmy zmuszeni wyciągnąć latarki. Idzie się bardzo miło, spokojnie, ale obaj z ciekawości wypatrujemy świateł schroniska, do którego docieramy po ok 1,5h marszu.

Niestety nie zabraliśmy ze sobą nic na ognisko, które w większości wypadków przy dobrej pogodzie pali się przed schroniskiem i przy którym to można się mile ogrzać. W sezonie w schronisku wszystkie pokoje mają częstokroć całe obłożenie, natomiast nam to nie robi różnicy ponieważ, mamy zamiar wyjść w środku nocy, tak zatem rozkładamy karimaty i śpiwory w przedsionku. Mniej więcej 3 po paru godzinkach krótkiej i twardej nocy podnosimy się z podłogi, prędko pakujemy do plecaka śpiwory i ruszamy w drogę. Rzecz jasna latarki to podstawa.

Pod schroniskiem momentalnie namysłu wybieramy szlak żółty, tzw Perć Akademicką. Podany czas przejścia to 1h 30 min, a my nie mamy się po co spieszyć, jako że do świtu jeszcze sporo ponad 2h. Mimo zbliżającej się jesieni idziemy ubrani wyłącznie na krótko. Wspinamy się spokojnie, podziwiając nocne widoki, a uroku wszystkiemu dodają przelatujące tu i ówdzie nietoperze, które wbrew legendom i plotkom nie gryzą choćby w Polsce) i nie wplątują się we włosy. Po przejściu poprzez klamry i łańcuchy powoli wychodzimy z kosówki a naszym oczom ukazuje się ogromne kamienne rumowisko - to znak, że już blisko. Ni stąd ni z zowąd, nie wiedzieć czemu zaczynamy się ubierać, a na nieosłoniętym od wiatru terenie wiatr zaczyna mocno wiać. Dobrze, że plecaki ważą po kilkanaście kilogramów, dlatego udaje nam się utrzymać pion i dotrzeć na szczyt. Niestety nie posiada czasu na fotografię i podziwianie widoków, za bardzo wieje i jest okropnie zimno, natychmiast się chowamy za kamienny mur, który umożliwia nam sie w spokoju ubrać i przyodziać po 3 pary skarpet, wszelkiego rodzaju bandaże oraz owinąć sie śpiworem i karimatą. Byle by nie było tak zimno. Dopiero momentalnie aklimatyzacji próbujemy wychylić się zza kamiennego muru i zobaczyć, że w chwili obecnej oto osiągnęliśmy Diablak - szczyt Babiej Góry. Zdjęcia realizujemy krótkimi seriami co wiele minut z powodu lodowatego wiatru wiejącego od Słowacji. I tak oto czekamy sobie na wschód słońca, czekamy, marzniemy i nadal czekamy. Widok od południowej strony zatyka nam dech w piersiach i powoduje, że zapominamy o wietrze. Pełne niebo między nami a Tatrami jest przykryte chmurami, iż całkowicie nie widać globu. Stoimy, patrzymy i milczymy z wrażenia. Tuż przed 6 wstaje słońce, mała chwila na fotografię. Uff nareszcie robi się ciepło, jednakże nie na tyle by stać i się zachwycać. Po paru minutach ruszamy w drogę szlakiem zielono-czerwonym, szkoda tracić czas, jako że przed nami cały dzień marszu.